#1 - Bilboard double - Banner reklamowy 1400 x 400, Bilboard - Banner reklamowy 1400 x 200

Sprzedawcy odzieży muszą się wynieść z „końskiego”. „To źródło utrzymania naszych rodzin”

Mnożą się kolejne regulacje, które mogą mieć ogromny wpływ na rynek pracy w Wadowicach. Tym razem sprzedawcy odzieży boją się o swoją przyszłość. Miasto każe im się przebranżowić, albo wynosić z „końskiego rynku”.

Ci ludzie nie szukają lidera, by walczyć o swoje prawa. Nikt nimi nie steruje, czują się po ludzku oszukani. Tym razem chodzi o handlarzy, którzy od lat sprzedają artykuły odzieżowe na tak zwanym „końskim rynku”. Zarządca terenu zażądał by się przebranżowili. Zgodnie z obowiązującym regulaminem, ale jednak dopiero teraz, praktycznie z dnia na dzień, w tym punkcie egzekwowanym.

Handluje się tam jeden raz w tygodniu, płaci rezerwacje – miasto ma z tego pieniądze. Nagle okazuje się, że od marca wyrzucają nas z placu – wyznaje nam pani Aneta.

Skąd obawy handlarzy z „końskiego”? Otóż pani Aneta, aby nie być gołosłowną, przysłała nam pismo, które otrzymał każdy dotychczasowy najemca skrawka placu handlowego, które oficjalnie nosi nazwę „Mój Rynek”. W nim Paweł Polak, kierownik Wydziały Gospodarki Komunalnej, przedstawia miejskie żądania.

Zgodnie z obowiązującym regulaminem targowiska „Mój rynek”, mieszczącego się w Wadowicach przy ul. Nadbrzeżnej, na targowisku wyznaczono stanowiska do sprzedaży produktów rolno-spożywczych i zwierząt gospodarczych – czytamy w piśmie przedstawiciela UM w Wadowicach.

Dalej urzędnik zaznacza, że w przypadku braku zainteresowania sprzedażą zwierząt i produktów dopuszcza się możliwość zagospodarowania niewykorzystanych miejsc do sprzedaży” produktów regionalnych ( spożywczych i rękodzieła) oraz odzieży roboczej i narzędzi rolniczych.

Dlatego te osoby, które nie prowadzą wyżej wymienionej działalności, powinny „dostosować swoją działalność handlową w zakresie oferowanego do sprzedaży asortymentu do regulaminu”.

Jeśli nie, do 29 lutego, umowa rezerwacyjna stoiska handlowego zostanie rozwiązana.

To jest nasza praca i niejednokrotnie jedyne źródło utrzymania dla nas i naszych rodzin! Komu tak bardzo przeszkadzamy, że miasto rezygnuje z dodatkowych pieniędzy, ot tak porostu? – zastanawia się zdruzgotana pani Aneta.