#1 - Bilboard double - Banner reklamowy 1400 x 400, Bilboard - Banner reklamowy 1400 x 200

Prokuratura kończy śledztwo na śmietniku w Choczni. W beczkach nie było substancji, które… paliły podeszwy

Prokuratura w Wadowicach umorzyła śledztwo w sprawie składowania niebezpiecznych substancji na śmietnisku w Choczni. W beczkach, które wykopano ze śmietnika, nie znaleziono substancji niebezpiecznych dla zdrowia, życia oraz fauny i flory.

Miała być wielka afera na całą Polskę, a odpowiedzialni ludzie mieli pójść siedzieć.

Burmistrz Wadowic Mateusz Klinowski lamentował w Gazecie Wyborczej w styczniu, że poprzednia burmistrz nie dopilnowała bałaganu i sugerował, że to przez nią, jej ludzi i poprzedni zarząd wysypiska do Choczni trafiały szkodliwe chemikalia.

Smród był nie do zniesienia. Kiedy z beczek wylały się chemikalia, stopiły nam się podeszwy butów. Część tych substancji trafiała prosto do ziemi – mówią byli pracownicy składowiska odpadów w Choczni pod Wadowicami – tak aferę opisywała jeszcze w styczniu Gazeta Wyborcza.

Tymczasem nie dość, że nikt nie pójdzie siedzieć, to jeszcze Skarb Państwa zapłaci za drogie wykopaliska, które zlecono w ramach tego śledztwa. Prokuratura w Wadowicach badając sprawę w zeszłym roku przekopała wysypisko i wydobyła na wierzch 50 beczek z tak zwaną „podejrzaną substancją”, która miała „palić podeszwy”.

Substancja nie dość, że nie okazała się podejrzana, to dla biegłych nie stanowiło problemu rozwiązanie jej składu chemicznego. I cóż się okazało?

Śledztwo w sprawie zagrożenia dla środowiska zostało umorzone.

Biegli stwierdzili, że substancje znalezione nie kwalifikują się do odpadów, które nie powinny się tam znaleźć oraz że zostały tam umieszczone w sposób zagrażający zdrowiu, życiu człowieka oraz niebezpieczny dla środowiska Nie można też uznać, że odpady na wysypisku były składowane nielegalnie – poinformował na krótko Sebastian Kiciński, prokurator rejonowy w Wadowicach.

Koniec afery? Nie do końca, bo ktoś za to całe zamieszanie ponosi odpowiedzialność. Nie karną, ale polityczną.

Niestety z anonimowymi rozmówcami Gazety Wyborczej, którym chemikalia z beczek „stopiły podeszwy” nie udało nam się skontaktować. Podejrzewamy, że po prostu „wyssano ich z palca” na potrzeby dramatycznej narracji.

Burmistrz Mateusz Klinowski, który jeszcze kilka miesięcy temu rozpisywał się o wykopaliskach na wysypisku i wielkiej aferze, dziś już tej sprawy na Facebooku nie komentuje.

Trudno się dziwić, głupio tak przyznać się do błędu. Zresztą on sam od ponad roku zarządza tym wysypiskiem w Choczni razem ze swoim kolegą Pawłem Koprem. Klinowski jest członkiem rady nadzorczej, a Koper wiceprezesem spółki. Dziś to oni muszą się martwic o… „swoje podeszwy”.